Nowy rok zaczyna się od walca. Jak Filharmonia Poznańska otworzyła 2026 w Auli Uniwersyteckiej
W Auli Uniwersyteckiej jest taki moment, kiedy światło przygasa, a na widowni — jeszcze przed pierwszym dźwiękiem — zapada cisza, która brzmi jak obietnica. W Nowy Rok ta cisza ma szczególną temperaturę. Jest w niej i zmęczenie po sylwestrowej nocy, i nadzieja, że 2026 przyniesie coś lepszego, i zwykła ciekawość: „no dobrze, czym dziś nas zaskoczą?”.
A potem wchodzi orkiestra. Nie jako tło do toastów i rozmów, ale jako główny gospodarz wieczoru. Koncert Noworoczny Filharmonii Poznańskiej nie udaje, że to „wielka symfonika” w świątecznym papierku. On od początku mówi wprost: dziś ma być lekko, tanecznie, momentami sentymentalnie — i ma się dać wyjść z sali z poczuciem, że Nowy Rok naprawdę się zaczął.
Poznań ma własny rytuał na początek roku
W wielu miastach koncert noworoczny jest eleganckim dodatkiem do kalendarza. W Poznaniu coraz bardziej przypomina rytuał — taki, który oswaja pierwsze godziny stycznia. Nie trzeba znać librett oper, ani rozróżniać walca od polki po pierwszym takcie. Wystarczy przyjść i dać się poprowadzić.
To ważne, bo regionalna publiczność filharmonii jest dziś bardzo różnorodna. Są stali bywalcy, którzy mają swoje ulubione miejsca i swoje oczekiwania wobec dyrygenta. Są tacy, którzy przychodzą raz do roku — właśnie 1 stycznia, bo „tak wypada”, bo to prezent, bo to rodzinny zwyczaj. I są turyści, którzy w Poznaniu spędzają świąteczny długi weekend i szukają wieczoru z klasą, ale bez zadęcia. Koncert Noworoczny jest w tym sensie wydarzeniem miejskim: łączy ludzi, którzy na co dzień rzadko siadają obok siebie.
Lekko nie znaczy byle jak
Najłatwiej zbyć program noworoczny jako przegląd „największych przebojów” — tych z opery, operetki, musicalu i tradycji wiedeńskiej, które publiczność rozpoznaje po pierwszych nutach. Tyle że dopiero w sali słychać, jak trudne jest zrobienie z takiej mieszanki opowieści.
A ta opowieść w Auli Uniwersyteckiej była poprowadzona sprytnie: krótkie formy, szybkie zmiany charakteru, wyraźne kontrasty. Po chwili podniosłości — taneczny oddech. Po błyskotliwej orkiestracji — czysto ludzki moment, w którym głos solisty staje się najważniejszym instrumentem. I z powrotem: orkiestra nie wraca do roli akompaniatora, tylko odzyskuje stery, jakby mówiła „teraz my”.
W tym właśnie tkwi sekret koncertu noworocznego: repertuar może być popularny, ale wykonanie musi być bezkompromisowe. W Auli nie było wrażenia odtwarzania znanych numerów „z przyzwyczajenia”. Była dyscyplina, była energia i — co najważniejsze — była radość grania. Taka radość, którą publiczność wyczuwa szybciej niż wszystkie programowe opisy.
Dyrygent jako reżyser nastrojów
Łukasz Borowicz nie dyrygował tego wieczoru jak „gali”. Raczej jak spektaklu, w którym liczą się tempo, puenta i rytm emocji. W programach karnawałowych łatwo przesadzić w jedną stronę: albo wszystko staje się jedną, długą konfetti‑melodią, albo przeciwnie — rozłazi się w zbyt poważne deklaracje. Tu balans był świadomy.
Słychać było, że ten koncert ma być wizytówką początku roku: ma rozruszać, ale też dać kilka momentów, kiedy człowiek przestaje myśleć o postanowieniach, zaległych mailach i prognozach, a po prostu słucha. Borowicz pilnował, żeby taneczne rytmy miały sprężystość, a finały — ten noworoczny „blask”, który nie bierze się z głośności, tylko z precyzji i wspólnego oddechu zespołu.
Sopran i tenor: duet, który robi różnicę
Kiedy na scenie spotykają się sopran i tenor, publiczność natychmiast uruchamia pewien zestaw skojarzeń: operowe dramaty, wielkie deklaracje miłosne, wirtuozowskie popisy. Koncert noworoczny bierze z tego to, co najprzyjemniejsze — i zostawia miejsce na uśmiech.
Izabela Matuła i Krzysztof Lachman wpisali się w tę konwencję bez cienia autoparodii. Było w tym i świąteczne ciepło, i sceniczna lekkość, i dbałość o tekst (tak, w Auli da się usłyszeć, że ktoś naprawdę „mówi” muzyką, a nie tylko śpiewa nuty). W duetach pojawiał się ten szczególny rodzaj dialogu, który działa nawet wtedy, gdy ktoś nie zna słów: raz flirt, raz żart, raz elegancka powaga.
Co ważne: w takich wieczorach soliści mogą zdominować scenę. Tu byli częścią większej całości. Orkiestra nie chowała się za głosami, a głosy nie próbowały „przykryć” orkiestry. To dawało poczucie, że Nowy Rok zaczynamy wspólnie — nie „dla kogoś”, tylko „z kimś”.
„Przeboje znad Dunaju” w poznańskim wydaniu
Wiedeński idiom — walc, polka, czardasz, te wszystkie taneczne gesty, które w muzyce klasycznej są jak język towarzyski — ma w sobie coś z miejskiej elegancji. Ale w Poznaniu brzmi inaczej niż w Wiedniu. Może mniej jest w nim salonu, a więcej miejskiego spaceru: po Starym Rynku, przez most, do parku, gdzie styczniowe powietrze szczypie w policzki.
Kiedy w Auli pojawiają się te rozpoznawalne, kołyszące tematy, łatwo zrozumieć, dlaczego ta tradycja działa od dekad. Walc jest jak obietnica ładu: trzy kroki, powrót, trzy kroki, powrót. Na początku roku taki porządek bywa kojący. A jednocześnie to porządek, który nie jest sztywny — można się w nim uśmiechnąć, przyspieszyć, puścić oko.
Nie trzeba było znać konkretnych tytułów, żeby wychwycić sens programu: tu chodziło o ruch, o błysk, o świętowanie w dobrym stylu. Taki styl, który nie zamienia się w snobizm.
Trzy dni, trzy nastroje: sprytna strategia Filharmonii
Noworoczny koncert nie wydarzył się w próżni. Był częścią krótkiego, intensywnego bloku na przełomie roku: dzień wcześniej Sylwester, dzień później karnawał. Z perspektywy instytucji to logiczne: ten sam czas, ta sama sala, podobna publiczność, która szuka „okazji”.
Z perspektywy miasta — to coś więcej niż oferta kulturalna. To sygnał, że Poznań nie zapada w styczniowy sen. Że po 1 stycznia nie trzeba tylko „dochodzić do siebie”, ale można też zacząć rok od spotkania z kulturą, która jest dostępna i jednocześnie wysokiej jakości.
W praktyce oznacza to także otwarcie na tych, którzy zwykle omijają filharmonię. Koncert noworoczny jest dobrym pierwszym krokiem: nie trzeba się bać „niezrozumienia” muzyki, bo program prowadzi za rękę. A jeśli ktoś złapie bakcyla — wróci na cięższy repertuar. W tym sensie taka impreza ma potencjał edukacyjny, tylko że bez tablicy i bez kazania.
Co zostaje po ostatnim bisie
Najciekawsze w koncertach noworocznych jest to, co dzieje się po wybrzmieniu ostatnich taktów. Na schodach Auli słychać rozmowy: jedni mówią o ulubionym fragmencie, inni o tym, że „takie rzeczy powinny być częściej”, ktoś inny planuje, gdzie pójść na herbatę albo spacer.
I to jest chyba najuczciwsza miara sukcesu tego wieczoru. Nie tylko oklaski, nie tylko pełna sala, nie tylko „ładny początek roku”. Raczej poczucie, że muzyka była tu pretekstem do bycia razem. W czasach, gdy kultura często rozprasza się w ekranach i pojedynczych odsłuchach, spotkanie w sali koncertowej ma wartość niemal fizyczną: wspólny oddech, wspólne tempo, wspólne „ach” w tych samych miejscach.
Koncert Noworoczny Filharmonii Poznańskiej zagrał więc rolę, jaką powinien grać: nie obiecywał, że 2026 będzie łatwy. Obiecywał coś bardziej realnego — że warto go zacząć z muzyką, która dodaje lekkości bez uciekania od jakości. A potem tę obietnicę spełnił.
tm, zdjęcie z abacusai



